Moja wielka narcystyczna rodzina
W
czasach wczesnej podstawówki bardzo często słyszałem, że szkoła jest moim
drugim domem. Dosyć często zdarza się, że sobie o tym przypominam. Widzę wtedy
twarze moich dawnych nauczycielek, młodszych i starszych (przeważnie
starszych), które zawsze miały tak samo spierzchnięte usta. Oczyma wyobraźni
widzę te wargi, wyschnięte od powtarzania co roku tych samych zdań z podstawy
programowej. Widzę jak układają się w wyrazy, zapewniające mnie, że mogę czuć
się w klasie jak w rodzinie. Jeżeli to wspomnienie dopada mnie podczas
jedzenia, łapie mnie nieodparty odruch wymiotny. Nic na to nie poradzę - to
chyba jest już zakodowane jako reakcja bezwarunkowa na jakiekolwiek przebłyski
z tamtego okresu.
Niedawno
myślałem o tym w autobusie i zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę jest sens w
takim bezrefleksyjnym czepianiu się tego powiedzenia. „Szkoła to twój drugi
dom”, „Twoja klasa jest jak druga rodzina”. W zasadzie, trudno jest tu znaleźć
kłamstwo. Teraz, już starszy o kilka lat, spędzam w murach swojego liceum nawet
osiem godzin dziennie. Od kilku lat widuję tych samych ludzi, z którymi nie
tylko się uczę, ale też rozmawiam, wychodzę, przyjaźnię się. Jak każde dobre
rodzeństwo kłócimy się i jesteśmy zazdrośni o siebie nawzajem. Moi rodzice,
nauczyciele, nigdy nie pozwalają mi mówić do siebie po imieniu (inaczej ich
rodzicielski autorytet ległby w gruzach) i często każą wykonywać mi obowiązki,
które kompletnie mnie nie interesują. Mam nieznaczne preferencje, bo jednych
lubię trochę bardziej, tych drugich trochę mniej, ale tak czy inaczej na pewno
nie zaprosiłbym żadnego z nich nawet na osiemnastkę. W dodatku, jak na rodziców
przystało, bardzo często pytają czy przypadkiem nie piję, nie palę i nie biorę,
jednocześnie żyjąc w błogiej nieświadomości, że papierosy rzuciłem już prawie
rok temu. Kiedy myślę o szkole w ten sposób, dochodzę do wniosku, że jestem
dzieckiem z bardzo dobrego domu.
A
jednak, coś wciąż jest nie tak. Wciąż nie czuję, że mogę przyjść do mamy albo
taty z moimi problemami. Wciąż szczerze gardzę niektórymi z rodzeństwa. Wciąż
nie mogę wspominać szkoły bez odruchów wymiotnych. To chyba nie tylko mój
problem - nie każda rodzina ma tyle szczęścia, żeby być szczęśliwą. Nie do
wszystkich pasuje ten „dobry” wzorzec.
Jeżeli jednak stworzylibyśmy idealny model rodziny dysfunkcyjnej,
większość z patchworkowych, szkolnych
familii odnalazłaby się w nim bezproblemowo. Nie trzeba się jednak o to martwić
- prawie wszystkie przypadki przeróżnych patologii zostały już udokumentowane i
opisane przez fachowców. Gdy czytam wszystkie te mądre opracowania, najbardziej
przemawia do mnie jedna diagnoza: Narcyzm.
Struktura
społeczna szkoły zaskakująco dobrze odpowiada tej, która rządzi narcystycznymi
rodzinami. Te same archetypy[1]
spotykane są w jednym i drugim przypadku. Moje doświadczenia podpowiadają mi,
że znalazłem wręcz idealne rozwiązanie - już nikt nie udowodni mi, że pomyliłem
się w swojej klasyfikacji. Na drodze tej diagnozy znalazłem nawet etykietkę dla
siebie i dla każdego ze swoich znajomych kolegów i nauczycieli. Brzmi okropnie,
ale przełykam te słowa, czując nieznaczną satysfakcję z powodu tak trafnej
analizy.
Ta
ironia w poprzednim akapicie jest tam trochę dlatego, że nie powinno się
przylepiać arbitralnych etykietek w przypadku tak złożonych problemów. W tym
wywodzie skupiam się głównie na podobieństwach związanych z narcyzmem, co nie
znaczy, że jest to jedyna droga jaką można (lub trzeba) obrać i chcę, by było
to wyraźnie wypowiedziane. Jednak ta ironia pojawiła się też dlatego, że tanio
próbuję poradzić sobie z tym, jak bardzo rezonują ze mną wszystkie opisane
doświadczenia dzieci, które pochodzą z narcystycznych rodzin. Powiedziałem to
pół żartem pół serio, ale może mój drugi dom miał na mnie większy wpływ, niż
myślałem.
W
narcystycznych rodzinach istnieją dwa typy dzieci. Pierwszy to wspomniane
wcześniej Złote Dziecko, które wychowywane jest w przekonaniu, że jest
przyszłością rodziny i największą dumą mamy i taty. Oczekuje się od nich, że
zawsze będą posłuszne i nigdy nie złamią niepisanego paktu o uległości - inaczej
straciłyby swój
status. Złote Dzieci na początku cieszą się nadzwyczaj dobrym traktowaniem,
które jednak zanika z czasem. Wszystkie osiągnięcia, wygrane i sukcesy są im odbierane i
zawłaszczane przez kontrolującą parę Narcyzów (lub jednego z nich). W ten sposób
Złote Dzieci powoli wyciska się z radości poznawania, pewności siebie i
poczucia sukcesu. Skorupkę, która po nich zostaje wypełnia się niezdrowymi
ambicjami, kompleksami na tle intelektualnym i strachem przed byciem
niewystarczająco dobrym[2].
Drugim typem dziecka z narcystycznej rodziny jest Kozioł Ofiarny, wobec którego
stosuje się znacznie mniej subtelne taktyki kontroli. Kozioł Ofiarny nie może
liczyć na pochwały, nawet te nieszczere. Nigdy nie będzie tak dobry jak jego
pozostałe rodzeństwo, o czym rodzice przypominają mu na każdym kroku. Na tę
pogardę, ciche szyderstwo i zaniedbywanie może zareagować dwojako - podobnie
jak Złote Dziecko, może zamknąć się w sobie i żyć w nieustającym poczuciu winy.
Może też świadomie zerwać kontakt z niesprawiedliwą rzeczywistością, przestać
dbać o to, co dzieje się wokół niego[3].
Rodzice
zazwyczaj wybierają Złote Dzieci i Kozły Ofiarne z rodzeństwa według znanych
tylko sobie zasad, jednak szkoła dość otwarcie przyjmuje bardzo jasny i prosty
system. Uczniowie są oceniani za każde wykonane zadanie. W zasadzie,
zastosowanie metody oceniania jest jak najbardziej zrozumiałe i w samym pomyśle
nie ma nic złego. Toksycznie robi się dopiero, gdy tym cyferkom w tabelce
zaczyna się przypisywać coraz większą wagę. Oceny to jedne z niewielu
informacji, przez pryzmat których nauczyciele, którzy przecież nie znają swoich
uczniów z osobistej strony, mogą na nich patrzeć. W ten sposób korytarze
podstawówek, gimnazjów i liceów wypełnione są po brzegi ofiarami narcystycznej
kontroli.
Funkcjonowanie
tej struktury nie byłoby możliwe, gdyby społeczeństwo nie składało się w
większości z Przyzwalających. Wiem, sam też nie lubię takich diagnoz ogółu, ale
taki jest cel tego eseju. Takim typem w narcystycznej rodzinie może być każdy,
więc zapraszam. Przyzwalający w zasadzie nie robią zbyt wiele i mogą być
zaangażowani w życie szkolne w bardzo różny sposób. Rodzice uczniów, ich
koledzy, widzowie telewizji a nawet sami uczniowie i nauczyciele - jedynym
kryterium jest, jak wskazuje nazwa, ciche przyzwalanie na działania narcyzów.
Nie jestem w stanie policzyć, ile razy słyszałem, że szkoła to szkoła i nie da
się jej zmienić. Ile razy ktoś mówił, że walka z dyrektorem jest tak męcząca,
że w zasadzie lepiej jest odpuścić sprawę. Ile razy widziałem, jak rodzice,
sami nie do końca wierząc w to, co mówią, próbowali powiedzieć dzieciom, że
„pewnie powinny się bardziej starać” albo żeby „nie były tak przewrażliwione”.
Przyzwalający zwykle doskonale widzi co się dzieje, jednak nie jest w stanie
tego nazwać. Nie ma pojęcia, jak temu zapobiec, bo na pozór wszystko jest
dobrze. Czasami po prostu nie ma siły na to, żeby reagować lub po prostu uważa,
że problem go nie dotyczy. Narcystyczni rodzice żywią się brakiem działania
Przyzwalających - brakiem działania, który często wcale nie jest wymuszony.
Teraz
nadszedł czas na akapit o Narcyzach. W tym akapicie chciałem powiedzieć, że
nauczyciele to okropni rodzice dla swoich uczniów. Chciałem pokazać, że żywią
wobec nas tylko pogardę i że nas nienawidzą. Chciałem jasno powiedzieć, że
nauczycielem może zostać jedynie osoba, która nie ma własnego sumienia, a którą
rządzi tylko i wyłącznie chęć kontroli nad innymi. Chciałem, ale niestety nie
mogę tego zrobić, bo to po prostu nie jest prawda.
Narcyz
może pogardzać swoimi dziećmi. Narcyz może krzywdzić innych świadomie. Narcyz
może zrujnować komuś życie, a przynajmniej jego znaczącą część. Mało który
Narcyz naprawdę może naprawdę czerpać z tego przyjemność.
System
szkolny prawie w ogóle nie zmienił się od czasów, w których został wprowadzony.
Współcześni nauczyciele codziennie wchodzą to tych samych starych klas w
starych budynkach i starymi metodami uczą ludzi, którzy wcale nie należą do
łatwych. Choć z początku mogą robić to z pasji, rzadko któremu nauczycielowi udaje
się wytrwać w miłości do swojego przedmiotu, gdy od kilkunastu lat musi
powtarzać dokładnie te same formułki zawarte w podstawie programowej. Nawet
gdyby chciał przemycić na lekcję coś nowego, coś czego nie ma w podręcznikach,
nie ma takiej możliwości - zamiast odkrywania nowych rzeczy w swojej dziedzinie
musi poświęcać czas na mechaniczne sprawdzanie testów i wypracowań. Każdego
dnia przychodzi do szkoły obładowany papierami, a jeżeli nawet ma akurat pustą
torbę, góra dokumentów wiernie czeka na jego klasowym biurku. Sprawdziany,
usprawiedliwienia, podania, delegacje - wszystko to załatwiane w ramach
niepisanych i nieodpłatnych nadgodzin, które przy standardowym wynagrodzeniu
nauczyciela i tak nie poprawiłyby jego sytuacji materialnej. I uczniowie. Uczniowie,
którzy w dużych grupach migrują od klasy do klasy, w większości tylko z
poczucia obowiązku, które zanika z każdym dniem. Nauczyciel-pasjonat może
spędzić cały dzień przygotowując lekcję i materiały, może przyjść do szkoły
podekscytowany nadchodzącym tematem, a gdy już będzie mówił, objaśniał, tańczył
z markerem przy tablicy i tak zobaczy przynajmniej kilka znudzonych twarzy. A
potem kilka rąk rysujących bazgroły w zeszytach. A potem kilkanaście par oczu
wpatrzonych niby to w niego, ale jednak zerkających co jakiś czas to na zegar,
to na okno.
U
podstawy zachowań narcystycznych prawie zawsze leży nienawiść do siebie i do
rzeczywistości. Choć trudno nam to dostrzec, Narcyz też cierpi. Próbuje sobie z
tym radzić - z czasem jednak coraz ciężej jest mówić, tłumaczyć i prosić. Coraz
ciężej jest się starać. Nagle okazuje się, że o wiele łatwiej jest posyłać
docinki najgorszemu uczniowi w klasie, niż udowadniać mu po raz kolejny, że ma
potencjał i stać go na więcej. O wiele łatwiej jest przelać niespełnione ambicje
w ucznia, któremu dobrze idzie i o wiele łatwiej usprawiedliwić swój zawód, gdy
to on popełni błąd. I tak pasja nauczyciela zamienia się w niechęć. Jego
ciekawość w cynizm. Jego empatia w pogardę.
Przeżyłem już prawie jedenaście lat w moim drugim domu. W
przeciwieństwie do rodzin biologicznych, w szkole nie jesteśmy w stanie
naprawić krzywd wyrządzonych sobie nawzajem miłością - przecież w tym
środowisku nie żywimy jej wobec siebie. W zasadzie wydawałoby się, że nie
pozostaje nam nic jak tylko rzucić się sobie do gardeł i zobaczyć, która grupa
przetrwa najdłużej. A jednak, nasza wielka narcystyczna rodzina wcale nie musi
taką pozostać. Choć nie jest to łatwe, musimy wyjąć ją z przestarzałych ram -
dać sobie wybór co do tego, czego i jak chcemy nauczać i być uczeni. To wiąże
się z zaufaniem nauczycielom, że są w stanie sami przekazać wartościową wiedzę,
ale też z zaufaniem w możliwości intelektualne uczniów. To nie jest niemożliwe,
choć wydaje mi się, że w pewnym momencie wszyscy uwierzyliśmy, że już nie da
się tego zrobić[4]. Ja, uczeń drugiej klasy liceum, domorosły
psychoanalityk, który właśnie napisał swój pierwszy w życiu poważny esej, nie widzę innej
możliwości. Musimy przestać być Przyzwalającymi, nawet jeśli stało się to już
częścią naszej
Aleksander Pyka, lat 18
[1] Chciałbym zaznaczyć, że jedynie
podkradam to słowo od Junga i nie mam pojęcia, czy jest adekwatne w tej
sytuacji. Na fali pisania tego tekstu po prostu uznałem, że to dobry plan.
[2]
Oczywiście nie wszystkie dzieci reagują na takie traktowanie w ten sposób. Zdarza
się, że same wyrastają potem na Narcyzów i Narcyzy, o których jednak nie
zapominajmy, że u podłoża ich zaburzeń również leży nienawiść do siebie.
[3]
Ponownie - nie każdy reaguje w ten sposób, jednak chyba łatwiej jest dostrzec w
szkole przypadek Kozła Ofiarnego niż Złotego Dziecka. Obojętni uczniowie
stanowią chyba większość całej grupy.
[4]
Napisałem ten akapit, potem wyłączyłem komputer. Gdy przeczytałem to ponownie,
uznałem, że to jeden z moich mniej ulubionych akapitów, jakie kiedykolwiek
napisałem. A jednak go tu zostawiam.
Komentarze
Prześlij komentarz