Nauczyciel ma być idealny, my nie bardzo- kilka słów o poprawie relacji

            Kim jest nauczyciel? To pytanie, które powinniśmy zadać sobie od razu, zanim przejdziemy do jakichkolwiek dalszych rozważań. Idea zawodu nauczyciela jest chlubna i piękna- jest to człowiek wychowujący młodsze pokolenie, który pomaga im rozwinąć umysł i umiejętności w najlepszy możliwy sposób. To człowiek z ogromną wiedzą, umiejący rozbudzić ciekawość młodzieży oraz zapewnić im poczucie bezpieczeństwa.
            Słyszy się w różnorakich środowiskach, że nauczyciele to nieroby i darmozjady. Niedawno zobaczyłam na stronie znajdującej się na jednym z najpopularniejszych mediów społecznościowych post napisany przez ucznia. Głosił on, że nauczyciele mają mnóstwo wolnego i pracują często tylko 3-4 godziny dziennie, wystawiają niskie oceny uczniom ponieważ nie potrafią ich nauczyć lepiej i mówią nudno, co powoduje, że klasa go nie słucha. Znajdowała się w nim również pretensja, iż nauczyciele mają nas uczyć, a sami nie potrafią dobrze obsłużyć laptopa czy smartfonu. Post pobudził we mnie potrzebę dyskusji i wyrażenia mojego zdania.
            Twierdzenie, jakoby nauczyciele mieli tak dużo wolnego, jest całkowicie błędne. W istocie jest tak, że często ma on do przeprowadzenia w ciągu dnia 3 lub 4 lekcje. Trzeba jednak zawsze pamiętać o z pozoru banalnej i oczywistej kwestii, że nauczyciele nie kończą pracy po wyjściu ze szkolnych murów. Sprawdzenie wypracowań lub sprawdzianów z chemii całej klasy zajmuje często wiele godzin. W wakacje nauczyciele jeszcze długo po zakończeniu zajęć prowadzą rekrutację, organizują egzaminy poprawkowe i odbywają rady. Kiedy nauczyciel jedzie na wycieczkę z podopiecznymi, nie dostaje wcale więcej wynagrodzenia niż siedząc w klasie, mimo faktu spoczywającej na nim ogromnej odpowiedzialności- pod opieką ma on w końcu przez całą dobę grupę kilkunastu lub kilkudziesięciu uczniów i jeśli któremukolwiek coś się stanie, może zostać on pociągnięty do odpowiedzialności prawnej. Wielu nauczycieli ciągle się doskonali, biorąc udział w szkoleniach, które też przecież zajmują czas (nierzadko robią to za pieniądze z własnej kieszeni).
            Przechodząc do drugiego i trzeciego zarzutu, należałoby uporządkować pewne kwestie dotyczące zachowań edukacyjnych. Oczekiwanie, iż po wyjściu z lekcji, nawet bardzo dobrej, zapamięta się wszystko trwale jest błędne. Mózg ludzki uczy się albo poprzez bardzo intensywne, krótkotrwałe wydarzenia lub prze powtórki i odtwarzanie informacji. Niestety na to podczas lekcji czasu nie ma, każdy młody człowiek zainteresowany swoim rozwojem powinien sam zadbać o siebie w tym względzie. To nie wina nauczyciela, że nie pamiętamy po pół roku wszystkich faktów z nawet bardzo ciekawej lekcji historii,pamięci.
            To, co widoczne jest w zaprezentowanych w poście poglądach to typowa dla części uczniów postawa roszczeniowa. Oczekiwana jest sytuacja pod tytułem „Nauczycielu, daj mi”. W myśl tą wpisane jest, że uczeń nie musi dawać z siebie nic. Niestety, tak nigdy nie działała
i nie będzie działać nauka. Aby naprawdę posiąść jakąś umiejętność, czy chodzi o taniec, czytanie ze zrozumieniem, rozwiązywanie zadań z chemii lub matematyki, trzeba ją praktykować samemu. Pomysł, aby wiedza i umiejętność przychodziły do ucznia po wysłuchaniu czterdziestopięciominutowego wykładu jest równie niedorzeczny, co oczekiwanie, że po obejrzeniu wielu zawodów jazdy figurowej od razu będzie można wejść na lód i wykonać poczwórny piruet. Aby więc szkoła działała dobrze, powinna ona stać się wspólnotą nauczycieli i uczniów, którzy mają wspólny cel- edukację.
            Nasuwa się jednak pytanie, jak zaktywizować uczniów. Co zrobić, żeby zainteresowali się swoją własną edukacją? Sposobów jest kilka.
            Po pierwsze, powinna nastąpić zmiana programu nauczania. Nie chodzi tutaj ani o jego ułatwianie ani utrudnianie. Program szkolny powinien zawierać w sobie mniej powierzchownych informacji. W szkole uczymy się bardzo wielu rzeczy, jednakże żadnej z nich nie zgłębiamy. Uważam, że bardziej efektywną i rozwojową metodą byłoby ograniczenie tematów i rozpoczęcie dokładnej analizy pozostałych. Przedmioty szkolne powinny zostać ograniczone (ideałem byłoby zniesienie podziałów między przedmiotowych, ale zacznijmy małymi kroczkami) tak, aby uczeń liceum nie musiał uczyć się wszystkich przedmiotów aż do matury, lecz podobnie do systemu zachodniego, mógł wybrać sobie zajęcia, które najbardziej go rozwiną i z którymi chce wiązać przyszłość. Wtedy młodzi będą do edukacji podchodzić
z większym entuzjazmem, ponieważ wtedy będą widzieć jej cel, który będzie ważny dla nich samych.
            Po drugie, metody nauczania w szkołach powinny być zmodernizowane. Zacząć należałoby od usunięcia wszelkich niepotrzebnych informacji, których uczeń musi uczyć się na pamięć. Problem bardzo dobrze można zobrazować na podstawie przedmiotów humanistycznych. W dobie Internetu
i powszechnego dostępu do wiedzy, uczenie się na pamięć wszystkich dat historycznych nie ma większego zastosowania. Uczeń klepie tylko cyferki na pamięć, nie potrafi jednak połączyć wydarzeń w jedną spójną, przyczynowo skutkową całość. Historia ma służyć wytwarzaniu umiejętności analizowania sytuacji
i zdarzeń oraz rozumienia procesów, co powinno doprowadzić do lepszego zrozumienia współczesności. Żeby takie umiejętności wytworzyć, powinno się kłaść większy nacisk na analizę źródeł, wydarzeń oraz ich skutków, a daty uczynić tylko dodatkiem, punktami orientacyjnymi. Nauka literatury natomiast powinna polegać na faktycznym czytaniu
i przyglądaniu się dziełom. Model, w którym uczniowie czytają utwór, a nauczyciel chwilę później podaje im oficjalną interpretację dzieła, którą muszą wykuć do matury, jest całkowicie bezsensowny
i odbiera cały sens czytania, mającego przecież pobudzać wyobraźnię oraz indywidualne reakcje
i refleksje.  Liczba lektur powinna zostać zmniejszona
i powinny zawrzeć się w niej inne pozycje, niż tylko opowieści o Wielkiej Polsce, np. powieści
i wiersze noblistów i najbardziej wpływowych pisarzy z całego świata.  Na przedmiotach ścisłych powinno się wykonywać więcej zajęć praktycznych, które pozwolą zrozumieć lepiej, co tak naprawdę dzieje się w probówce między magnezem i jodem i zrozumieć sens, dostrzec, że to nie tylko abstrakcyjne zadania, wzory i tabelki, tylko rzeczywistość, którą można w ten sposób poznać.
            Osobny akapit poświęcę kwestii sposobu nauki języka. W dzisiejszym zglobalizowanym świecie wszystko gna do przodu i się rozwija. Człowiek bez znajomości języka obcego porusza się
w nim jak ślepiec. Mimo że kwestia tego przedmiotu jest tak istotna, niewiele robimy w sprawie jej poprawienia. W szkołach nadal korzysta się
z nieefektywnych sposobów, np. wypełniania książek z ćwiczeniami gramatycznymi czy uczenie się słówek i zwrotów. Dzięki poliglotom, językoznawcom i psychologom znamy już
o wiele lepsze metody, które pozwolą nam nie tylko opanować język szybciej, nie tylko nabrać pewności w posługiwaniu się nim, lecz, co najważniejsze, pozwolą nam zacząć mówić
i komunikować się bez barier. Taka w końcu jest podstawowa rola języka. Uważam więc, że w szkole powinno się zachęcać do częstego mówienia od najmłodszych lat, nawet z błędami, nawet  mało zrozumiale. Dzięki temu dzieci nie będą bały się mówić i szybko dostrzegą sens w nauce języka, skoro będą potrafiły powiedzieć koledze z innego kraju, że go lubią, gdzie mieszkają i co lubią robić. Także powinno się wystawiać uczniów na kontakt z żywym językiem, nawet jeśli jeszcze nie są w stanie go zrozumieć. Puszczanie w czasie lekcji piosenki (ale nie takiej z podręcznika, gdyż nie zawiera ona naturalnego dla native speakera języka) czy radia sprawią, że uczący się zaczną przyzwyczajać się do brzmienia i melodii języka, a po pewnym czasie mogą zacząć rozumieć przedstawione teksty. Język obcy to żywa struktura, której niestety nie da się zamknąć w kilku podręcznikach, zasadach i tabelach.
            Po trzecie, uczniowie powinni dostać więcej wolności w szkołach. Kreatywność jest
w dzieciach zabijana właśnie przez szkołę, gdzie przez większość czasu muszą siedzieć cicho
w klasie i pilnie notować. Dla siedmiolatka to nie jest interesujące. Dla siedmiolatka interesujące są chmura, las, plastelina albo pies. Szkoła zamiast korzystać z takiej sytuacji
i zabierać dzieci na lekcje w terenie, gdzie faktycznie będą mogły uczyć się przyrody
i nazywać rośliny po imieniu, usadza je na krześle naiwnie sądząc, że dziecko będzie słuchać. Oczywiście, na lekcji języka polskiego dzieci powinny czytać lektury i czytanki, ale powinny również mieć możliwość stworzenia swojej własnej sztuki teatralnej, wiersza czy opowiadania, które nie będą oceniane. To właśnie jest żywy kontakt z językiem, którego dzieci przestają się wtedy bać, kojarzą go z czymś przyjemnym, mają ochotę tworzyć
i zgłębiać kulturę. Dlaczego? Bo stają się jej częścią, twórcami. Wtedy w oczach dziecka spektakl w miejskim teatrze nie jest już tak odległy. Czuje się ono wtajemniczone w sprawę, w końcu samo jest aktorem czy reżyserem w innym przedstawieniu. Wprowadzając metody aktywnego uczenia się poprzez projektowanie i tworzenie, młodzi będą uczyli się chętniej, widząc wymierne efekty swojej pracy, z której będą mogli być dumni.
            Po czwarte, system oceniania powinien ulec modyfikacji. Do cyferek w dzienniku zależy zbyt wiele. Każdy uczeń to unikatowy człowiek, który ma swoje problemy, wrażliwość, podejście, możliwości i talenty. Żaden uczeń nie powinien być wartościowany na podstawie swojej oceny, ponieważ zaniża to samoocenę i tworzy sytuację niezdrowej rywalizacji. Klasy szkolne powinny być mniejsze, nawet kosztem utworzenia większej liczby placówek (wiem, wiem, pieniądze; ale w co lepiej inwestować, jeśli nie w przyszłość?). Pozwoliłoby to na indywidualne podejście do ucznia, który nie byłby już oceniany wedle ogólnej skali, lecz wedle swojej własnej. Dla jednego dziecka czy nastolatka osiągnięciem będzie napisanie świetnego, dziesięciostronicowego opowiadania, a dla drugiego stworzenie swojej pierwszej historii bez żadnych błędów interpunkcyjnych czy ortograficznych. Oba sukcesy są warte tyle samo, bo w obu przypadkach ktoś pokonał swoje własne słabości i wykonał ważny krok w swoim rozwoju.
            Po piąte, należy odczarować szkoły zawodowe oraz technika. W Polsce powstała chora sytuacja, kiedy to studia kończy większość obywateli. Wynika to z tego, że wykształcenie wyższe jest wymagane w znaczącej większości prac, chociaż w praktyce jest ono całkowicie zbędne. Kierownik sklepu odzieżowego nie musi mieć studiów z marketingu czy ekonomii, żeby dobrze zarządzać towarem i przyciągać klientów, wystarczy, że ma do tego smykałkę. Wiele osób kończy liceum tylko po to, aby móc potem iść na studia, które robią tylko dla papierka. Szkoły licealne i studia powinny zostać zarezerwowane dla tych, którzy swoją przyszłość związać chcą z nauką lub pracą umysłową. Inni ludzie, którzy mają inne zainteresowania, powinni kontynuować naukę w szkołach zawodowych i technikach. Tutaj pojawiają problemy. W Polsce technika i zawodówki kojarzone są z niskim poziomem
i ogólną degeneracją. Nie powinno tak być. Człowiek, który kocha piec i chce założyć swoją własną piekarnię lub osoba, która kocha majsterkować i ma marzenie o byciu najlepszym mechanikiem w mieście nie jest ani trochę mniej wartościowa od osoby, która chce zostać tłumaczem czy informatykiem. Z tego też powodu szkoły o profilu zawodowym powinny być traktowane równo z liceami. Wtedy każdy mógłby czerpać więcej radości z edukacji, ponieważ rozwijałby się w tym, co sprawia mu przyjemność bez łatki typu „nieuk, to poszedł do zawodówki”.
            Wszystkie pięć powyższych punktów powinno być zrealizowane, aby uczniowie stali się bardziej aktywni i głodni wiedzy. Niestety w obecnej sytuacji, kiedy to większość nie widzi osobistego celu chodzenia do szkoły, nie ma co liczyć na poprawę sytuacji. Tak długo jak nie uczynimy nauczania procesem, który daje możliwość prawdziwego rozwoju każdemu, nie sprawimy, że nasze społeczeństwo stanie się lepsze i szczęśliwsze.
            Jeśli zrealizowano by powyższe pięć punktów, między uczniem i nauczycielem mogłoby dojść do aktu komunikacji na zasadzie „równy z równym”, dzięki czemu zaczęto by budować szkolną wspólnotę edukacji opartą na wzajemnym szacunku, gdzie nikt sobie nie będzie wyrzucał bycia „nierobem”.  Dzięki temu między nauczycielem-drogowskazem
a uczniami-poszukiwaczami wytworzyłaby się atmosfera przyjazna rozwojowi i pogłębianiu wiedzy.

Magdalena Małowska, lat 18

Komentarze